Spis treści
Dlaczego przygotowanie ma znaczenie
Wyobraź sobie, że wypływasz statkiem na ocean po raz pierwszy. Możesz studiować mapy, sprawdzać prognozy, rozmawiać z kapitanami, którzy już tam byli, ale nikt, nawet najlepsza prognoza, nie powie Ci z wyprzedzeniem, czy natrafisz na sztorm, czy morze będzie spokojne jak szkło. Tej niewiadomej nie da się usunąć. To, co da się zrobić, to przygotować statek, załogę i siebie, tak żeby, niezależnie od tego, co przyniesie woda, mieć realną szansę dopłynąć.
Ceremonia ayahuaski działa bardzo podobnie. Jedno z pierwszych pytań, jakie słyszę od osób przygotowujących się do pierwszej ceremonii, to pytanie, co powinienem zrobić, żeby było dobrze. Słyszę w nim coś z tego samego pragnienia, jakie ma każdy żeglarz przed pierwszym dużym rejsem, żeby zamówić sobie spokojne morze. Rozumiem to pragnienie, ale zawiera ono założenie, które warto od razu zrewidować, że istnieje zestaw kroków, po wykonaniu których doświadczenie będzie „dobre”, czyli przyjemne, łatwe i zgodne z oczekiwaniami.
Przygotowanie do ceremonii ayahuaski nie działa w ten sposób, tak jak żadne przygotowanie nie zmienia pogody na oceanie. Nie ma sposobu, żeby zagwarantować, co się wydarzy, jak intensywne będą wizje, czy pojawi się coś trudnego, czy ceremonia przyniesie ulgę czy konfrontację. To, co przygotowanie naprawdę zmienia, to nie pogoda, ale stan statku. Nie treść doświadczenia, ale to, jak je przyjmiesz, kiedy się pojawi. To różnica między byciem zaskoczonym przez falę i wyrzuconym za burtę, a tym samym byciem zaskoczonym, ale z umiejętnością utrzymania się na pokładzie, jako kapitan własnego statku, nie jako pasażer.
Konkretnie, dobre przygotowanie zwykle przekłada się na kilka rzeczy. Łatwiej zostać w kontakcie z tym, co się dzieje, nawet kiedy jest intensywne. Łatwiej poprosić o pomoc, kiedy jej potrzebujesz. Łatwiej wrócić do równowagi po trudnym fragmencie. I, co często niedocenione, łatwiej później rozpoznać i wykorzystać to, co się wydarzyło, w codziennym życiu. Żadna z tych rzeczy nie dotyczy pogody. Wszystkie dotyczą Ciebie i Twojego statku.
To jest też powód, dla którego ten tekst jest adresowany nie tylko do osób jadących na pierwszą ceremonię. W mojej pracy widzę, że osoby z dużym doświadczeniem czasem przygotowują się gorzej niż początkujący, właśnie dlatego, że „już wiedzą, czego się spodziewać”, już raz wypłynęły, więc zakładają, że znają ten ocean. A jedną z rzeczy, które ayahuaska robi najbardziej konsekwentnie, jest pokazywanie, że nigdy do końca nie wiemy, co przyniesie kolejny rejs.
To, jak wygląda sama noc krok po kroku, opisuję w artykule Jak przebiega ceremonia ayahuasca w tradycji Shipibo

Przygotowanie psychologiczne, czyli z czym się mierzysz, zanim jeszcze zaczniesz
Pierwszy element przygotowania psychologicznego brzmi prosto, ale rzadko jest w pełni zintegrowany. To gotowość na to, że mogą pojawić się trudne emocje. Nie piszę tego, żeby kogoś zniechęcić, raczej odwrotnie. Wiele osób przyjeżdża z nieświadomym założeniem, że „przygotowanie” oznacza zrobienie wszystkiego dobrze, żeby trudnych emocji uniknąć. Tak to nie działa. Smutek, strach, złość, żal, te stany są częścią materiału, z którym ta praca często operuje, nie oznaką, że coś idzie nie tak. Przygotowanie polega na tym, żeby z wyprzedzeniem uznać, że mogę poczuć rzeczy, które normalnie trzymam pod kontrolą, i że to jest w porządku. W praktyce wygląda to na przykład tak. Zamiast myśleć „nie mogę dopuścić, żeby się rozpłakać”, mówisz sobie „jeśli przyjdzie płacz, to jest tu na to miejsce”.
Drugi element to przesunięcie z oczekiwania w stronę ciekawości. Te dwa stany umysłu, czekać na konkretną rzecz i być otwartym na to, co się pojawi, prowadzą do bardzo różnych doświadczeń tej samej nocy. Oczekiwanie tworzy w głowie obraz tego, jak ceremonia „powinna” wyglądać, co „powinno” się wydarzyć. Ciekawość nie tworzy takiego obrazu. Zamiast tego pyta, co tu jest. W praktyce, w dniach przed ceremonią, warto zauważać, kiedy w głowie pojawia się myśl typu „chciałbym, żeby” albo „na pewno będzie”, i delikatnie ją odnotowywać, bez konieczności jej realizowania. Można nawet zrobić z tego krótkie ćwiczenie. Kilka razy dziennie zadaj sobie pytanie „co teraz jest prawdą o tym, co czuję”, zamiast „co powinienem czuć”.
Trzeci element, blisko związany z drugim, to akceptacja niepewności. To jeden z najtrudniejszych punktów dla osób, które w życiu funkcjonują przez planowanie i kontrolę. Prawda jest taka, że nikt, włącznie ze mną, nie wie z wyprzedzeniem, co się wydarzy w konkretnej ceremonii dla konkretnej osoby. Można to przyjąć jako coś przerażającego albo jako coś, co w gruncie rzeczy jest po prostu prawdą o życiu, tylko rzadko tak bezpośrednio doświadczaną. Część przygotowania to praktykowanie siedzenia z tym „nie wiem”, bez natychmiastowej potrzeby, żeby je zapełnić odpowiedzią. Dobrym treningiem bywają zwykłe, codzienne sytuacje, na przykład nie sprawdzać od razu telefonu, kiedy czekasz na odpowiedź, albo zostać chwilę z pytaniem, na które nie znasz odpowiedzi, zamiast od razu szukać jej w internecie.
Czwarty element to szczerość wobec siebie, i być może najważniejszy, choć najmniej efektowny. Zanim wejdziesz do maloki, warto zadać sobie kilka uczciwych pytań. Dlaczego naprawdę tu jestem? Czego się boję? Czego się spodziewam, nawet jeśli wiem, że „nie powinienem”? Te odpowiedzi nie muszą być piękne ani „duchowe”. Mogą być bardzo ludzkie, na przykład chcę poczuć się lepiej, jestem zagubiony, albo ktoś mi powiedział, że to zmieni moje życie i chcę w to wierzyć. Nazwanie tego, choćby tylko przed sobą, jest już częścią pracy, nie czymś, co trzeba „przepracować” przed przyjazdem. Czasem pomaga zapisać te odpowiedzi, nawet jeśli nigdy nikomu ich nie pokażesz. Sam akt nazwania ich słowami zmienia ich ciężar.
Intencja jako kompas, nie zamówienie
Intencja jest jednym z tych słów, które krążą wokół ceremonii ayahuaski tak często, że łatwo zgubić, co właściwie oznacza. Najprościej, intencja to kierunek uwagi, nie zamówienie. To coś bliższe pytaniu albo obszarowi, na który chcesz być otwarty, niż konkretnemu rezultatowi, którego oczekujesz.
Różnica między intencją a oczekiwaniem jest subtelna na papierze, ale ogromna w praktyce. Oczekiwanie ma formę chcę, żeby wydarzyło się X. Jeśli X się nie wydarzy, łatwo poczuć, że ceremonia „nie zadziałała” albo że coś zrobiłeś źle. Intencja ma raczej formę jestem otwarty na to, co dotyczy Y. Ceremonia może odpowiedzieć na to pytanie w sposób, którego nie przewidziałeś, czasem zupełnie inny niż się spodziewałeś, a mimo to dokładnie w temacie.
W praktyce, formułowanie zdrowej intencji często oznacza zamianę żądania na pytanie. Nie „wylecz mój związek”, ale „pokaż mi, co w tej relacji jest moje do zobaczenia”. Nie „pozbądź się mojego lęku”, ale „chcę zrozumieć, skąd ten lęk się bierze”. Intencja może też być bardzo prosta. Czasem najprostsze są najmocniejsze, na przykład „jestem tu, jestem otwarty, zobaczymy”. Nie trzeba szukać czegoś efektownego. To, co działa, to szczerość, nie elokwencja.
Praktycznie, dobrym momentem na sformułowanie intencji jest wieczór przed albo poranek dnia ceremonii, kiedy jest spokój i czas. Wielu facylitatorów, ja również, pyta uczestników o intencję na początku ceremonii, ale to nie jest egzamin. Nie musisz mieć gotowej odpowiedzi, możesz powiedzieć „jeszcze nie wiem” albo „chcę być otwarty”. Intencja może się też zmieniać między ceremoniami w trakcie retreatu. To, co było ważne pierwszej nocy, może ustąpić miejsca czemuś innemu po kilku dniach. I nie musisz nikomu jej zdradzać, jeśli nie chcesz, jej moc nie zależy od tego, czy ktoś inny ją usłyszy.
Kiedy rzeczywistość nie pasuje do wyobrażenia
Większość osób przyjeżdża z jakimś obrazem w głowie, zbudowanym z historii innych ludzi, filmów, artykułów, czasem własnej, wcześniejszej ceremonii. Problem nie w tym, że te obrazy są fałszywe. Często są prawdziwe, dla kogoś innego, albo dla Ciebie w innym momencie. Ale ceremonia, w którą wchodzisz, jest zawsze rozmową między konkretną osobą, w konkretnym stanie, tej konkretnej nocy, z konkretną medycyną i konkretnymi pieśniami. Nie da się tego odtworzyć z relacji.
Widziałem to wielokrotnie. Ktoś przyjeżdża naczytany o geometrycznych wzorach i kontakcie z istotami, a przez całą noc czuje głównie spokój i delikatne emocje, bez żadnych „klasycznych” wizji, i potem mówi, że to była jedna z najważniejszych nocy w jego życiu. I widziałem odwrotnie. Kogoś przekonanego, że „na pewno nic nie poczuje”, bo czytał, że ma wysoką tolerancję, a doświadczył jednej z najsilniejszych nocy w całej grupie. Ciało i umysł nie czytają opisów innych ludzi, zanim wejdą do maloki.
Wysokie oczekiwania potrafią paradoksalnie utrudniać proces. Nie tylko przez rozczarowanie, jeśli się nie spełnią, ale przez to, że zajmują miejsce, które mogłoby być wolne na to, co faktycznie się dzieje. Jeśli czekasz na „przebicie”, wielką wizję, moment objawienia, łatwo przegapić albo zdyskredytować to, co się dzieje, bo „to nie wygląda jak to, czego się spodziewałem”. A czasem to, co się dzieje, jest spokojne, ciche, prawie niezauważalne, i właśnie to jest istotą tej konkretnej nocy.
Najlepsze, co można zrobić z oczekiwaniami, to nie próbować ich całkowicie wyłączyć, to rzadko się udaje, ale je rozpoznać i delikatnie odłożyć na bok. Jak gość, który wpada bez zaproszenia. Nie trzeba go wyrzucać, można po prostu nie dawać mu fotela na honorowym miejscu. Reszta przestrzeni zostaje wolna na to, co faktycznie przychodzi.
Zaufanie do procesu, czyli poddanie się, które nie jest poddaniem
Zaufanie do procesu nie jest czymś, co się „ma” albo „nie ma”. To coś, co się buduje, czasem latami, czasem w ciągu jednej nocy. Buduje się je przez małe doświadczenia puszczania. W medytacji, kiedy pozwalasz myśli przejść bez gonienia za nią. W ciele, kiedy pozwalasz mu poruszać się czy oddychać bez kontrolowania każdego ruchu. W życiu, kiedy zauważasz, że coś, czego się bałeś, ostatecznie okazało się znośne, albo nawet dało coś wartościowego. To może być coś tak prostego jak zimny prysznic, w którym pierwsze sekundy są nieprzyjemne, ale ciało się przyzwyczaja, jeśli się nie wycofasz. Albo szczera rozmowa, której się obawiałeś, a która, kiedy już się zaczęła, poszła swoim własnym, często łatwiejszym niż przewidywałeś, tempem. Każde takie doświadczenie jest małym dowodem, że da się przejść przez coś nieznane i wyjść z drugiej strony.
Kontrola, paradoksalnie, jest jedną z głównych przeszkód w tej pracy. Umysł, który próbuje analizować, przewidywać, kierować doświadczeniem w czasie rzeczywistym (dobra, teraz powinno się stać to, muszę się rozluźnić, czy to działa, może powinienem inaczej dyszeć), często sam staje się źródłem napięcia. To nie znaczy, że kontrola jest „zła”. To naturalny mechanizm, który nas chroni przez całe życie. Ale w tej konkretnej przestrzeni próba utrzymania kontroli nad czymś, co z definicji wymyka się kontroli, generuje więcej dyskomfortu niż samo doświadczenie.
Poddanie się procesowi nie znaczy bycia pasywnym ani rezygnacji z odpowiedzialności za siebie. To rozróżnienie jest ważne. Możesz zaufać medycynie, tradycji, osobie prowadzącej, i jednocześnie pozostać aktywnym uczestnikiem własnej opieki. Możesz powiedzieć, kiedy czegoś potrzebujesz, poprosić o wsparcie, wstać, jeśli musisz, oddychać, kiedy pamiętasz, że możesz. Zaufanie i odpowiedzialność nie są przeciwstawne. W praktyce wyglądają tak, że nie kontroluję, co się wydarzy, ale uczestniczę w tym, jak się tu czuję.
6 praktyk, które pomagają się przygotować
Medytacja
Regularna, nawet krótka praktyka medytacji w tygodniach przed ceremonią buduje dokładnie tę umiejętność, która jest najbardziej przydatna podczas samej nocy, czyli zdolność do siedzenia z tym, co się pojawia, bez natychmiastowej reakcji. Nie trzeba osiągnąć żadnego specjalnego stanu. Wystarczy regularność, dziesięć, piętnaście minut dziennie, żeby umysł zaczął rozpoznawać ten rodzaj uwagi jako coś znanego, nie nowego i przerażającego. Nie musi to być nic skomplikowanego. Wystarczy prosta obserwacja oddechu, kilka minut siedzenia w ciszy, albo skan ciała od stóp do głowy. Jeśli zaczynasz od zera, cztery do sześciu tygodni przed ceremonią to dobry punkt startu, choć każda ilość czasu jest lepsza niż żadna.
Mindfulness w codzienności
Poza formalną medytacją, warto przez kilka tygodni przed ceremonią praktykować zauważanie tego, co czuję w ciele teraz, jaka emocja jest obecna, co myślę, bez oceniania tego jako dobre czy złe. To budowanie „mięśnia” obserwacji, który podczas ceremonii bywa jednym z najważniejszych narzędzi. Zdolność, żeby zauważyć „to jest intensywne” z odrobiną dystansu, robi ogromną różnicę. Codzienne momenty, jedzenie posiłku, mycie zębów, czekanie na autobus, są dobrymi okazjami. Nie żeby coś „robić” inaczej, tylko żeby na chwilę zauważyć, co jest, zanim umysł przejdzie do następnej rzeczy.
Dziennik
Pisanie jest jednym z najprostszych i najbardziej niedocenianych narzędzi. Nie chodzi o pisanie „dobrze”, chodzi o to, żeby przed sobą zostawić ślad tego, gdzie jestem teraz w życiu, co mnie trapi, czego się boję, na co liczę. Ten zapis staje się potem bezcennym punktem odniesienia podczas integracji, kiedy łatwo zapomnieć, jak bardzo coś się zmieniło, albo, czasem ważniejsze, jak bardzo niektóre rzeczy zostały takie same. Jeśli nie wiesz, od czego zacząć, kilka pytań działa dobrze jako punkt wyjścia. Co teraz jest dla mnie najtrudniejsze? Co bym chciał zrozumieć lepiej? Co czuję na myśl o nadchodzącym wyjeździe?
Refleksja nad ważnymi wydarzeniami życiowymi
Warto, w spokojnej chwili, przejść myślami przez kilka najważniejszych wydarzeń, relacji, strat czy decyzji ostatnich lat, miesięcy, albo całego życia, w zależności od tego, ile czasu masz. Nie po to, żeby je „rozwiązać” przed ceremonią, to często niemożliwe i niepotrzebne. Po to, żeby umysł miał już z nimi pewną znajomość, jeśli się pojawią. Materiał, na który już raz uczciwie spojrzałeś, jest łatwiejszy do spotkania ponownie niż materiał, którego unikałeś latami. Szczególnie warto zwrócić uwagę na to, co czasem nazywam „niedokończonymi sprawami”. To relacje, w których coś zostało niewypowiedziane, decyzje, których konsekwencje wciąż się odczuwa, żale, które nigdy nie zostały w pełni opłakane. To często właśnie ten materiał czeka najbliżej powierzchni.
Łagodne techniki oddechowe
Proste, spokojne techniki oddechowe, takie jak wydłużanie wydechu albo oddech przeponowy, warto poćwiczyć wcześniej, nie próbować ich pierwszy raz podczas samej ceremonii. Oddech jest jednym z niewielu „uchwytów”, które masz w trakcie, czymś, do czego można wrócić, kiedy wszystko inne wydaje się zbyt duże. Ale jak każde narzędzie, działa lepiej, kiedy ręka już wie, jak je trzymać. Coś tak prostego jak liczenie, na przykład cztery sekundy wdech i sześć sekund wydech, powtarzane przez kilka minut, jest wystarczające. Nie chodzi o opanowanie zaawansowanej techniki, chodzi o to, żeby ciało rozpoznało, że oddech jest czymś, co mogę spowolnić, kiedy tego potrzebuję.
Kontakt z naturą
Czas spędzony na zewnątrz, w lesie, nad wodą, po prostu na ziemi, ma podwójną wartość. Z jednej strony reguluje układ nerwowy w sposób, który trudno odtworzyć w pomieszczeniu. Z drugiej, dla wielu osób jest pierwszym, delikatnym przypomnieniem czegoś, co tradycja amazońska traktuje jako oczywiste, że nie jesteśmy oddzieleni od świata, który nas otacza, tylko jego częścią. To przypomnienie, jeszcze przed ceremonią, samo w sobie bywa wartościowe. Nie trzeba nic szczególnego. Spacer bez telefonu, chwila z gołymi stopami na trawie, patrzenie na niebo czy wodę przez kilka minut bez celu, wystarczają.
Jak być ze strachem przed nieznanym
Strach przed nieznanym, w dniach albo godzinach przed pierwszą, ale często też kolejną ceremonią, jest nie tylko normalny. Jest niemal uniwersalny. Pracuję z tym od lat i widziałem ten strach u osób przed pierwszą nocą i u osób, które piły ayahuaskę dziesiątki razy. Czasem nawet bardziej u tych drugich, bo wiedzą, czym może być „dużo”.
Ważne jest odróżnienie strachu jako informacji od strachu jako wyroku. Strach mówi, że idę w stronę czegoś nieznanego, ważnego, co ma znaczenie. Nie mówi, że to będzie tragedia, albo że nie powinienem tego robić. Wiele osób interpretuje obecność strachu jako sygnał, że „coś jest nie w porządku” albo że „nie są gotowi”. W mojej obserwacji prawda jest bliższa odwrotności. Ludzie, którzy w ogóle nie czują nic przed pierwszą ceremonią, czasem są bardziej w trybie ucieczki od tematu niż ci, którzy czują i to nazywają.
Praktyczna rada jest taka, żeby nie próbować „pozbyć się” strachu przed wejściem do maloki. Spróbuj go nazwać, przed sobą, w dzienniku, w rozmowie z osobą prowadzącą. „Boję się, że” jest zdaniem, które, dokończone, często traci część swojej siły, nie całą, ale część. I pamiętaj, że można czuć strach i jednocześnie być gotowym. To dwa różne wymiary, nie jeden.
Ciało, które poniesie ten proces
Dobrym, ogólnym rytmem jest zacząć łagodniej wprowadzać poniższe zmiany około tygodnia przed wyjazdem, a w ostatnich dwóch, trzech dniach przed pierwszą ceremonią być już w pełni przy lżejszej diecie, bez używek i z dobrym snem. To nie jest sztywna reguła, raczej kierunek, stopniowe „ściszanie” systemu, nie nagłe przełączenie w ostatnim momencie.
Jeśli idzie o dietę w dniach przed ceremonią, najczęstsze zalecenia to lekkie, naturalne jedzenie, na przykład warzywa, owoce i podstawowe produkty, bez nadmiaru przetworzonej żywności, ciężkich tłuszczów, czerwonego mięsa, ostrych przypraw oraz dużych ilości soli i cukru. Część tych zaleceń ma podłoże praktyczne, lżejszy żołądek to często łagodniejsza purga, a część korzenie w tradycji, gdzie dieta przed ceremonią jest formą szacunku i przygotowania, nie tylko fizjologicznego.
Alkohol, substancje rekreacyjne i, w miarę możliwości, nadmiar kofeiny, warto ograniczyć na kilka dni przed. Nie tylko z powodów bezpieczeństwa, choć to jest kluczowe. Ayahuaska wchodzi w istotne interakcje z wieloma substancjami i lekami, o czym koniecznie trzeba rozmawiać z osobą prowadzącą retreat przed przyjazdem. Ale też dlatego, że układ nerwowy, który nie jest dodatkowo pobudzony czy przytłumiony, po prostu lepiej „słyszy” to, co się dzieje.
Sen, zwłaszcza w ostatnich dniach przed ceremonią, łącznie z czasem po długiej podróży, łatwo zaniedbać, a ma duże znaczenie. Przyjazd wyczerpany, niedospany, w stresie ostatnich tygodni przed wyjazdem, to inny punkt startowy niż przyjazd choć trochę odpoczęty. Jeśli to możliwe, warto dać sobie dzień czy dwa po podróży, zanim zacznie się pierwsza ceremonia, żeby ciało mogło „dotrzeć” na miejsce, nie tylko geograficznie.
Czego nie da się przygotować
Po wszystkim powyżej, chcę powiedzieć coś, co może wydawać się sprzeczne, ale nie jest. Nie da się w pełni przygotować na ayahuaskę. Nie dlatego, że przygotowanie nie ma sensu, ma, i dlatego ten tekst istnieje, ale dlatego, że istota tego doświadczenia jest spotkaniem z nieznanym. Nie z nieznanym w sensie „jeszcze nie przeczytałem o tym wystarczająco”, ale z nieznanym w sensie głębszym, częściami siebie i rzeczywistości, które z definicji nie są jeszcze znane.
Najlepszym przygotowaniem nie jest więc próba przewidzenia wszystkiego, co się wydarzy. To niemożliwe, i każda próba w tym kierunku w pewnym momencie się załamie. Najlepszym przygotowaniem jest rozwijanie czegoś bardziej elastycznego, czyli otwartości, elastyczności psychicznej, pokory i gotowości do przyjęcia doświadczenia takim, jakie się pojawi, nie takim, jakiego się oczekiwało, ani takim, jakie „powinno” być.
Wszystko, co opisałem wcześniej, czyli intencja, ciekawość, zaufanie, praktyki, przygotowanie fizyczne, nie jest po to, żeby zbudować mur ochronny przed nieznanym. Jest po to, żeby, kiedy nieznane się pojawi, a pojawi się w jakiejś formie, miałeś w sobie więcej miejsca, żeby je przyjąć, zamiast się przed nim zamknąć.
Czego (nie) dostaniesz
Jeśli miałbym streścić to wszystko w jednej myśli, brzmiałaby ona tak. Ayahuaska rzadko daje to, czego chcemy, ale bardzo często pokazuje to, co najbardziej potrzebujemy zobaczyć. To nie są te same rzeczy, i czasem to rozczarowuje. Ktoś przyjeżdża z pytaniem o karierę, a wraca z czymś o swoim ojcu. Ktoś szuka „duchowego przebudzenia”, a otrzymuje noc cichych łez nad czymś, co nosił od dziecka.
Przygotowanie, w najlepszym znaczeniu tego słowa, nie polega na tym, żeby zwiększyć szansę, że dostaniesz to, po co przyjechałeś. Polega na tym, żeby zwiększyć szansę, że, kiedy przyjdzie to, czego naprawdę potrzebujesz, niezależnie jak różni się od planu, będziesz w stanie to przyjąć, zostać z tym i zabrać to ze sobą do domu.
Z mojej strony, jako facylitator, mogę zaopiekować się przestrzenią, medycyną, bezpieczeństwem. Ale ta praca z sobą, zanim jeszcze usiądziesz na macie, należy do Ciebie.
Jeśli to przygotowanie ma być wstępem do czegoś głębszego, najwięcej dzieje się podczas master plant dieta, piszę o tym więcej w artykule Master Plant Dieta – Wprowadzenie
Najczęściej zadawane pytania
Czy można w pełni przygotować się na ceremonię ayahuaski?
Nie, i to jest ważna część tego, co warto wiedzieć przed wyjazdem. Ceremonia ayahuaski jest spotkaniem z nieznanym, a żadne przygotowanie nie zmieni tego, co konkretnie wydarzy się danej nocy. Dobre przygotowanie nie gwarantuje treści doświadczenia, zmienia natomiast Twoją zdolność, żeby zostać z tym, co się pojawi, niezależnie jak bardzo różni się od wyobrażeń.
Ile dni przed ceremonią ayahuaski trzeba zmienić dietę?
Dobrym rytmem jest zacząć łagodniej wprowadzać zmiany dwóch tygodnii przed wyjazdem, a w ostatnich dwóch lub trzech dniach przed pierwszą ceremonią być już w pełni przy lżejszej diecie. Szczegółowe wytyczne dotyczące diety i czasu jej trwania powinny zawsze pochodzić od organizatora retreatu, ponieważ mogą się różnić w zależności od miejsca i osoby prowadzącej.
Czego nie jeść i pić przed ayahuaską?
Najczęściej zaleca się unikać przetworzonej żywności, ciężkich tłuszczów, czerwonego mięsa, ostrych przypraw oraz dużych ilości soli i cukru, stawiając na lekkie, naturalne jedzenie, takie jak warzywa i owoce. Alkohol i substancje rekreacyjne warto wyłączyć na tydzień lub dwa przed ceremonią, między innymi z powodu możliwych interakcji z ayahuaską, o których koniecznie trzeba rozmawiać z osobą prowadzącą.
Jak sformułować dobrą intencję na ceremonię ayahuaski?
Dobra intencja jest bardziej pytaniem albo obszarem uwagi niż konkretnym żądaniem, na przykład „pokaż mi, co jest moje do zobaczenia w tej relacji” zamiast „wylecz mój związek”. Intencja może być bardzo prosta, a nawet sprowadzać się do otwartości, takiej jak „jestem tu, jestem otwarty, zobaczymy”. Nie trzeba mieć gotowej, efektownej formuły, liczy się szczerość.
Czy strach przed ayahuaską jest normalny?
Tak, strach przed pierwszą, a czasem także kolejną ceremonią jest bardzo częsty i dotyczy zarówno osób początkujących, jak i tych z wieloletnim doświadczeniem. Strach przed nieznanym jest naturalną reakcją na coś ważnego, a nie sygnałem, że nie powinno się jechać. Pomaga nazwanie tego strachu, na przykład w rozmowie z osobą prowadzącą, jeszcze przed wejściem do maloki.
Czy biorąc leki, można pić ayahuaskę?
Ayahuaska wchodzi w istotne interakcje z wieloma lekami i substancjami, dlatego ten temat zawsze trzeba omówić indywidualnie z osobą prowadzącą retreat, koniecznie jeszcze przed decyzją o przyjeździe. Niektóre leki, zwłaszcza określone grupy antydepresantów, wymagają odpowiednio długiego odstawienia pod opieką lekarza przed ceremonią. To jeden z najważniejszych elementów bezpiecznego przygotowania, który nie powinien być traktowany jako formalność.
